ulubione
startowa
Data: 29.7.2010


restauracja
klub
newsy
imprezy
pizza
drinki
linki
grali u nas
księga gości
lata 80-te
zagrają u nas
archivum
kontakt
galeria


 home klub archivum
Indianerzy w Bajce


W sobotni wieczór BAJKA znowu zamieniła się w klub muzyczny.
Stało się tak za sprawą zespołu CREE.
Tłumy fanek i fanów dopisały. Muzycy, jak na artystów przystało, przybyli z lekkim poślizgiem, ale dzięki profesjonalnej ekipie szybko się zainstalowali i koncert mógł się zacząć.
Gitarowy blues z rockowym pazurem popłynął ze sceny i od pierwszych taktów urzekł słuchaczy a wokal Sebastiana Riedla, do złudzenia przypominający głos ojca, brzmiał potężnie i delikatnie zarazem. W kompozycjach doszukać się można było fascynacji  starym dobrym rockiem i śląską tradycją grania bluesa. Zespół znakomicie sprawdził się w ostrych rytmicznych utworach, jak i w nastrojowych, spokojnych balladach. Ze sceny płynęła taka energia, że niemalże można było ją zobaczyć. I nikt nie pozostał zespołowi dłużny - a to śpiewając, co bardziej znane utwory, a to skacząc pod sceną, czy kołysząc się w rytm muzyki. Widać było, że publiczność bawi się znakomicie. A im bardziej zadowolona jest publiczność, tym lepiej gra się muzykom. I tak spirala
nakręca się - widzowie dostają coraz bardziej wirtuozerskie solówki, a muzycy mają coraz większą frajdę z grania. Utwór Dżemu "Cegła" śpiewali wszyscy. Bez wyjątku. Na całe gardła.
    Koncert mógł się odbyć dzięki finansowemu wsparciu władz gminy i osobistemu zaangażowaniu Pana Józefa Mnicha. Bez determinacji tego trzebnickiego miłośnika bluesa chyba by do koncertu nie doszło.
Warto zaznaczyć, że podczas imprezy miał miejsce próbny rozruch nowej wentylacji - trzeba przyznać, że skuteczny. I też po raz pierwszy widzowie mieli możliwość oglądania na telebimie tego, co dzieje się na scenie. 

HardDay 22.11.2008

Po tym koncercie wiemy, że napewno z zespołem HardDay jeszcze się w Bajce spotkamy. Było czadowo, energetycznie i skakająco. Gratulacje i szacun dla muzyków. Takie właśnie powinny być koncerty w Bajce.Foty już są.

KDZKPW 24.10.2008

Nikt się nie zawiódł. Był klimat, był nastrój i była przede wszystkim muzyka. Świeża i świetna. Kombajn do zbierania kur po wioskach potwierdził swoją klasę.

 


TOTENTANZ 18.10.2008

O tym, że w sobotni wieczór będzie niezła zabawa wiadomo było od dawna.
Na ten dzień zaplanowany był koncert tarnowskiej grupy TOTENTANZ. Wiadomo było, że zespół promuje swoją drugą płytę i jest w trakcie trasy po Polsce. Wiadomo też było jakiej muzyki można się spodziewać. Pierwsza płyta grupy została zauważona przez media i doceniona przez fanów. Wszyscy wiedzieli też, że klimat Bajki koncertom służy. Ale nikt, nawet w najśmielszych fantazjach nie przewidział, że będzie tak bajecznie.
    Ostre gitarowe melodie, rytmiczny trans perkusji już przyprawiały o dreszcze, a wokalista potężnym głosem dokładał gęsią skórkę gratis. Energia płynąca ze sceny nie pozostawiła nikogo obojętnym. Jedni skakali w szalonym tańcu totalnym, inni siedzieli wmurowani w krzesła.

I tak było ponad dwie godziny. Dwie godziny doskonałego rockowego grania. Zespół zagrał wszystko - cały materiał z dwóch płyt.  Były bisy. Fani nie pozwolili muzykom zejść ze sceny. Potem były jeszcze  jedne bisy. I niestety koncert się skończył. Szkoda.
    To wydarzenie dało wiarę, że rock'n'roll nie umarł. Ba! Żyje i ma się dobrze.

 

notka z prasy


A "Grzechy naszych ojców", czyli support przed TOTENTANZ, to osobna historia. Zrobili wielkie wrażenie. Zagrali wspaniale. Chyba ich kiedyś jeszcze zaprosimy.

Teatr Pieśń Kozła

12 grudnia 2007, środa, godz. 15:40 - w sali USC w Obornikach podczas obrad Rady Gminy rozpoczęła się dyskusja nad przyszłością obiektu przy Parkowej 16.

 

            Wybrałem się na posiedzenie rady, ponieważ od dłuższego czasu przyglądam się dialogowi naszych władz z szefem teatru "Pieśń Kozła". To, że światowej sławy zespół teatralny chciałby w naszym mieście stworzyć własne warsztaty, jest dla nas nadzieją na lepsze. Oborniki mają szansę stać się kulturalnym satelitą Wrocławia. Przyjazny klimat dla artystów, plenery, koncerty - to powinna być wizytówka naszego miasta, na tym powinna opierać się strategia rozwoju turystyki. Wręcz idealne jest połączenie walorów przyrodniczych z atrakcjami kulturalnymi.

            Jednak życie jest sztuką wyboru i nasi Radni muszą teraz zdecydować, czy piękny zabytkowy obiekt będzie prywatnym hotelem, czy społeczną placówką kulturalną. Czy warto mieć w mieście hotel trzygwiazdkowy dla pracowników firm, które w tym hotelu będą szkolone, czy warto mieć w mieście warsztaty teatralne dla gości z całego świata?

            Sprawa nie jest prosta. Kogo wybrać? Kto lepiej wyremontuje obiekt? Kto bardziej rozreklamuje miasto?  Komu zaufać? Pytań jest wiele i miałem nadzieję, że przysłucham się mądrej dyskusji mądrych ludzi.

 

A to co zobaczyłem i usłyszałem przekroczyło granice rozsądku.

            Po pierwsze w dyskusję nad przyszłością budynku zostali wciągnięci jego mieszkańcy - trzy bogu ducha winne rodziny. Pomimo częstych - co pięc minut powtarzanych przez jednego z radnych deklaracji, że to właśnie mieszkańcy są najważniejsi - dowiedzieli się oni, że mogą sobie kupić inne mieszkania lub starać się wykupić własne z przeznaczeniem na działalność hotelarsko-turystyczną (bo taką funkcję budynku przewiduje plan zagospodarowania przestrzennego). To, że każdy może sobie mieszkanie kupić wiemy bez pomocy radnych, ale wiemy też, że nie każdego na to stać.

            Po drugie wielu z naszych radnych o teatrze Pieśń Kozła nie wie nic. Wydaje mi się, że warto przed dyskusją wiedzieć o czym się będzie dyskutować. Można wtedy zabrać głos w sprawie i nawet przedstawić jakiś własny pomysł. A tak - bez wiedzy o temacie można tylko czepiać się szczegółów, grać na zwłokę, wymyślać tzw. tematy zastępcze. I tak było w środę. Zainteresowane strony (teatr i hotelarz) i tzw. ludzie postronni mimowolnie zostali posiadaczami rozległej wiedzy o tzw. materii mieszkaniowej, o burdelu w finansach gminy (podane były co najmniej trzy wersje wysokości rzekomego zadłużenia teatru wobec gminy), o tym, że lokal zamienny jest bez łazienki, albo ile miałby kosztować pokój w hotelu trzygwiazdkowym.

            Przyszło mi się wstydzić przed szefem teatru, który kulturalnie wyraził dyskomfort zaistniałą sytuacją i dał wszystkim do zrozumienia, że oczekiwał większego uznania dla swojego projektu, a czuje się katalizatorem złych emocji.

            Wstyd było mi przed inwestorem, który w swoim mieście chciałby wybudować hotel i musi o swój pomysł walczyć  i długo czekać na podjęcie decyzji.

 

            Ale najbardziej to było mi wstyd kiedy tak istotna dyskusja przerodziła się w kampanię przedwyborczą i stała się okazją do partyjnych popisów przyszłych potencjalnych kandydatów na urząd burmistrza. Tych ci u nas nie brakuje. Gorzej z kandydatami na rzetelnych radnych.

Tymon & Transistors 15.12.2007

To był naprawdę świetny koncert - w większości takie opinie można było usłyszeć po imprezie zarówno od muzyków, jak i od publiczności.

            Muzycy dali z siebie wszystko i porwali publiczność do szalonej zabawy. Kwartet w składzie Tymon Tymański – głos, gitary; Marcin Gonzo Galązka – głos, gitary; Arek Kraśniewski – bas; Filip Mutu Gałązka – bębny, rozpoczął koncert od własnych, dobrze już znanych kompozycji. Wszystkim przypadło do gustu bardziej rockowe wykonanie utworów. Energia płynąca ze sceny udzieliła się publiczności, i parkiet pod sceną zapełnił się bardzo szybko. Druga część kocertu, to głównie covery. Nie zabrakło oczywiście "Białego misia", zaskoczeniem był utwór "Centrala" legendarnej Brygady Kryzys, ale absolutną niespodzianką było premierowe wykonanie piosenki o zespole Kombi.

             Zadowolony był także organizator koncertu - szef Bajki Jarosław Trocki. Jak mówi:Zorganizowanie takiego koncertu to ciężka praca ale i sama przyjemność na widok zadowolonych muzyków i bawiącej się publiczności. Mam w życiu to szczęście, że robię to co lubię  i dopóki starczy pomysłów, będę starał się zapewnić oborniczanom rozrywkę. Ostatni koncert był pod wieloma względami inny od poprzednich: w trosce o zdrowie gości, wprowadziłem zakaz palenia. Spotkało się to na szczęście z powszechnym zrozumieniem; Zaproponowałem rozwiązanie nietypowe jak na koncerty - długie stoły biesiadne. Nastąpiła totalna integracja wszystkich gości i muzyków. Po raz pierwszy też udało mi się wypracować zasady współpracy z Polskim Radiem Wrocław, które objęło koncert patronatem medialnym. Zawsze mogę też liczyć na nagłośnienie imprezy w Waszym tygodniku oraz na stronach www naszego Urzędu Gminy. Żeby przedsięwzięcie się powiodło, trzeba zaangażowania naprawdę wielu osób. Chciałbym tym wszystkim osobom gorąco podziękować.

Tymon


W pewien długi sobotni wieczór podczas biesiady w naszej karczmie zrodziła się pewna idea. Jeden z kolegów zaproponował wyprawę. Wyprawę po złote runo. Na południe. W obce strony. Od razu zgłosiło się kilku śmiałków i tak oto powstał samozwańczy oddział wypadowy.

Cel był jeden - zdobyć Svijany. Zdobyć - to znaczy nawiedzić browar i spustoszyć kadzie. Przy okazji wziąć brankę w osobie Petry Bubakovej i łupy w postaci butelek ze złocistym trunkiem.

Jasno określony cel zmobilizował wszystkich i pewnego jesiennego ranka wyprawa się rozpoczęła. Po drodze wiele czyhało na nas niespodzianek, ale udało nam się w końcu stanąć u bram Pivovaru Svijany.

Wieża zamkowa, z wyglądu przypominająca ogromną puchę piwa przestraszyła nas trochę swoją niedostępnością.

Na dziedzińcu też nie było nam do smiechu - oprócz nas do porwania Petry szykowała się jeszcze drużyna wojów z Czech.

Przystąpiliśmy do boju i przeszliśmy wszystkie komnaty z przeróżnymi instalacjami aż, w końcu, dostaliśmy z rąk Petry pełne dzbany Svijanskiego Maza - naszego złotego runa.

Nie było łatwo za jednym przechyłem wychylić cały kufel.

Walczyliśmy długo. Bardzo długo. Aż opadliśmy z sił zrezygnowani. 

Nie pocieszyły nas nawet wygrane konkursy strongmeńskie:

i zdobyte medale

 

I tak: całego piwa w browarze się nie dało wypić. Petra nie dała się uprowadzić. Niby klęska, ale nie do końca. Zostały nam łupy w postaci butelek, tematy na wieczorne opowieści w karczmie  oraz przekonanie, że Zielone Svijany dobre są.

Strat w ludziach nie było, nie licząc jednego kolegi, którego czarownica zaczarowała od 18 do 24, z którym potem już wszystko było dobrze. Straty w sprzęcie, to jeden plecak, który został i czeka na nas w restauracji u barmana.

 


W czwartek 1 lipca zapraszamy Was na projekcję filmu pokazywanego w ramach wielkiej imprezy BRAVE FESTIVAL.

To dla nas wielki zaszczyt, że w ramach tak dużej imprezy możemy wam coś zaproponować. Podczas projekcji rozdamy parę zaproszeń na wrocławskie projekcje filmowe w ramach festiwalu.

 

THE SHAPE OF WATER

USA, 2006, 70 min, reż. Kum-Kum Bhavnani

"To film o nadziei, nie rozpaczy, o odwadze, a nie sentymentalizmie, mówi narratorka The Shape of Water, Susan Sarandon.

Podróżujemy z kamerą Kum-Kum Bhavnani, wieloletniej badaczki feminizmu i rasizmu. W Senegalu spotykamy Khady, która chce znieść tradycję obrzezania dziewczynek, gdyż jak przekonuje rytuał ten pomija kwestię kobiecej seksualności i praw człowieka. W Izraelu odwiedzamy aktywistki z organizacji Kobiety w Czerni protestujące przeciwko wieloletniej izraelskiej okupacji Palestyny. W Brazylii poznajemy Donę Antonię, która przynależy do ruchu skupiającego robotników z puszczy amazońskiej, zbierających kauczuk. W Indiach z kolei obserwujemy kobiecą, pokojowa demonstrację przeciwko budowie wielkiej zapory wodnej, która narusza biosferę i pozbawia miliony ludzi domów. Dowiadujemy się także, jak działa SEWA, organizacja powołana przez kobiety i dla kobiet, udzielająca mikropożyczek, wsparcia i doradztwa, dająca tysiącom kobiet szanse na niezależność.

„Zrobiłam ten film, bo chciałam zaoferować szerokiej widowni świeże spojrzenie na kobiety Trzeciego Świata. Odkryłam złożoność ich problemów i inspirujące historie. Dlatego The Shape of Water pokazuje globalizację, prawa człowieka i sprawiedliwość społeczną z innego punktu widzenia niż dotychczas”, mówi reżyserka.


/>

© bajka.biz, 2007
Admin
homerestauracjaklubkontaktgaleria
powered by
TELVINET