W pewien długi sobotni wieczór podczas biesiady w naszej karczmie zrodziła się pewna idea. Jeden z kolegów zaproponował wyprawę. Wyprawę po złote runo. Na południe. W obce strony. Od razu zgłosiło się kilku śmiałków i tak oto powstał samozwańczy oddział wypadowy.
Cel był jeden - zdobyć Svijany. Zdobyć - to znaczy nawiedzić browar i spustoszyć kadzie. Przy okazji wziąć brankę w osobie Petry Bubakovej i łupy w postaci butelek ze złocistym trunkiem.

Jasno określony cel zmobilizował wszystkich i pewnego jesiennego ranka wyprawa się rozpoczęła. Po drodze wiele czychało na nas niespodzianek, ale udało nam się w końcu stanąć u bram Pivaru Svijany.
Wieża zamkowa, z wyglądu przypominająca ogromną puchę piwa przestraszyła nas trochę swoją niedostępnością.

Na dziedzińcu też nie było nam do smiechu - oprócz nas do porwania Petry szykowała się jeszcze drużyna wojów z Czech.

Przystąpiliśmy do boju i przeszliśmy wszystkie komnaty z przeróżnymi instalacjami aż, w końcu, dostaliśmy z rąk Petry pełne dzbany Svijanskiego Maza - naszego złotego runa.

Nie było łatwo za jednym przechyłem wychylić cały kufel.

Walczyliśmy długo. Bardzo długo. Aż opadliśmy z sił zrezygnowani.
Nie pocieszyły nas nawet wygrane konkursy strongmeńskie:

i zdobyte medale

I tak: całego piwa w browarze się nie dało wypić. Petra nie dała się uprowadzić. Niby klęska, ale nie do końca. Zostały nam łupy w postaci butelek, tematy na wieczorne opowieści w karczmie oraz przekonanie, że Zielone Svijany dobre są.

Strat w ludziach nie było, nie licząc jednego kolegi, którego czarownica zaczarowała od 18 do 24, z którym potem już wszystko było dobrze. Straty w sprzęcie, to jeden plecak, który został i czeka na nas w restauracji u barmana.
